Rozdział II
Legenda
- Wszyscy usiądźcie już na swoich miejscach - moja nowa klasa nadal prowadziła ożywione rozmowy i nieszczególnie zwracała uwagę na przyjaźnie wyglądającą nauczycielkę, a tym bardziej na mnie. Oczy wszystkich zwróciły się na nas dopiero po chwili.
- To jest Samantha Norton. Przeprowadziła się do nas z Hamilton, nikogo jeszcze tu nie zna więc proszę przyjmijcie ją ciepło.
Z niezręcznym uśmiechem powiedziałam tylko krótkie "cześć" i usiadłam na wolnym miejscu w środkowym rzędzie. Zawsze czułam się speszona kiedy patrzyły na mnie więcej niż dwie pary oczu.
Szkoła zrobiła na mnie dobre wrażenie, choć mała, na korytarzach miała piękne okna sięgające od podłogi aż po sufit. Można było podziwiać przez nie zamarznięty strumyk ciągnący się wzdłuż lasu. Z miejsca, w którym stał mój dom nie było go w ogóle widać. Skuta lodem woda oplatająca zachodni skraj lasu niczym wstążka.
Z zamyślenia wyrwało mnie szturchnięcie w lewe ramie. Drobna blondynka z mocno pomalowanymi na czarno oczami patrzyła na mnie ze sztucznym uśmiechem.
- To wy się wprowadziliście do Stryczka, prawda?
- Do czego? - spytałam zdziwiona. Teraz uśmiech dziewczyny zmienił się ze sztucznego w prześmiewczy.
- Uważaj na siebie w nocy.
Blondynka i, jak sądzę, jej dwie przyjaciółki zachichotały, ale zostały szybko uciszone przez nauczycielkę.
Nic nie powiedziałam, zajęłam się czytaniem wskazanego tekstu, ale dziwna uwaga dziewczyny siedzącej za mną chodziła mi po głowie cała lekcje.
Jako, że cały poranek siedziałam w gabinecie dyrektora załatwiając wszystkie potrzebne formalności, do klasy dotarłam dopiero na ostatnią lekcję przed lunchem.
Tak więc szłam teraz ze szkolną mapką w ręku, próbując odczytać drogę do stołówki. Kiedy tak szłam, ktoś przedstawił mi się bez ostrzeżenia.
- Cześć, jestem Alice.
- A ja Ned.
Niska brunetka w okularach zakrywających jej pół twarzy miło się do mnie uśmiechnęła. Obok niej stał szczupły, ubrany na czarno chłopak z przewieszoną przez ramię szarą torbą na książki.
- Samantha - podałam każdemu po kolei rękę - Ale mówcie mi Sam.
- Okej Sam, jak ci się podoba okolica? - zagadnął mój nowy kolega Ned.
- Jeszcze nie miałam okazji niczego tutaj zobaczyć - nie byłam pewna czy jest tutaj coś co naprawdę warto zobaczyć.
- Właściwie nie ma tu nic do oglądania - jakby czytał w moich myślach. Po chwili dodał - No chyba, że dom na końcu Barkbunk Street.
- Ned kretynie, ona tam mieszka - brunetka spojrzała na niego spod okularów.
- A ty niby skąd możesz wiedzieć - zmarszczył brwi.
- Ponieważ ktoś niedawno kupił ten dom, kilka dni temu widziałam jak wóz firmy przeprowadzkowej skręca w tamtą ulicę, a Sam jest w mieście nowa, więc złóż sobie fakty.
Chłopak tylko wywrócił oczami, widocznie nie lubił kiedy Alice miała rację.
- Co takiego jest w moim domu, że jest wart zobaczenia? Wygląda podobnie do reszty domów.
- Teraz, kiedy jest umeblowany i odnowiony pewnie nic, ale kiedy stał pusty przez kilka lat wyglądał upiornie.
- Do rzeczy kobieto, chyba, że ja mam powiedzieć?
- Tak jakbyś umiał opowiadać - prychnęła brunetka.
Mimo częstego dogryzania sobie nawzajem, było widać, że ta dwójka tak naprawdę się lubi.
- Chodzi o to, że jest taka miejscowa legenda. Około trzysta lat temu przeszła tędy bardzo sroga zima. Wielu mieszkańców miasteczka nie przeżyło, ponieważ nie byli dość dobrze przygotowani na aż takie mrozy. W tamtych czasach wszystko co złe zrzucano na czary.
Przerwała na chwilę aby sprawdzić czy chcę słuchać dalej.
- Kilka kobiet oskarżono o praktykowanie magii i sprowadzenie tak okrutnej zimy. Wszystkie zostały powieszone w lesie, ziemia była tak zmarznięta, że nie można było wykopać grobu. Zrobiono im tymczasową mogiłę ze śniegu i tak przeleżały aż do wiosny.
- Nadal nie rozumiem co to ma wspólnego z moim domem?
- Wtedy nie było tam zabudowań tylko las. Działka, na której mieszkasz została wybudowana niecałe piętnaście lat temu, od tamtego czasu mieszkało tam kilka rodzin, ale nikt nie wytrzymał dłużej niż dwa miesiące.
- Chyba nie chcecie mi powiedzieć, w którym kiedyś przeprowadzono egzekucję domniemanych czarownic? - roześmiałam się.
Milczenie i jednoznaczne spojrzenie Alice i Neda było dobitną odpowiedzią.
- To pewnie o to chodziło tej blondynce.
- Cassie? Nie przejmuj się nią, ona i jej dwie poddane nie grzeszą kulturą.
- Mniejsza o to, na miejscu starych cmentarzy powstają drogi i ludzie jakoś nie mają oporów, żeby po nich jeździć. Jeśli chcecie mi powiedzieć, że mój dom jest nawiedzony albo coś w tym stylu, to darujcie sobie, nie mam zbyt bujnej wyobraźni i nie wierzę w takie rzeczy.
Miałam nadzieję, że nie zabrzmiałam niegrzecznie, nie miałam zamiaru ich obrazić.
- Ubrałaś w grubsze słowa to, co chciałam powiedzieć ci delikatniej.
- Przepraszam, fajnie, że macie tutaj swoją legendę ale ja zawsze byłam nastawiona dość sceptycznie do takich rzeczy.
W kieszeni zawibrował mój telefon: od: Lindsey, wiadomość sms: Strasznie tu bez Ciebie nudno, mamy nadzieję, że o nas nie zapomnisz.
Poczułam gdzieś głęboko w sobie smutek i tęsknotę. Szybko wrzuciłam komórkę do torby.
- Strasznie zgłodniałam, chodźmy do stołówki, przy okazji pokarzecie mi drogę, bo mam przeczucie, że z tą mapka nie znalazłabym jej do jutra.
***
Autobus zatrzymał się na skrzyżowaniu Barkbunk i Mayor, więc całą moją ulicę musiałam pokonać pieszo. Śnieg nie przestawał sypać od wczorajszego wieczora, choć starano się odśnieżać ulice systematycznie, nie zajmowało wiele czasu zanim ponownie były białe.
Większą wagę przywiązywano do jezdni, a co za tym idzie chodniki były przysypane grubą warstwą puchu. Droga prowadziła lekko pod górę. Nie mogłam zejść na jezdnię, żeby nie brnąć po łydki w śniegu, bo nawet jak na tak małe miasteczko, ruch o tej godzinie był dość spory.
Zmęczona przystanęłam na chwilę i spojrzałam przed siebie, a nie tak jak do tej pory pod nogi.
Z tej perspektywy las wyglądał jeszcze bardziej niesamowicie. Oszronione aż po same czubki drzewa wydawały się wręcz magiczne. Skoro mam tu żyć to może ten las będzie następcą mojego hamiltońskiego parku? Czemu nie, nawet historyjka Alice nie zakłóca jego niezaprzeczalnego piękna.