poniedziałek, 29 lutego 2016

 

Rozdział II 

  

Legenda

 

- Wszyscy usiądźcie już na swoich miejscach - moja nowa klasa nadal prowadziła ożywione rozmowy i nieszczególnie zwracała uwagę na przyjaźnie wyglądającą nauczycielkę, a tym bardziej na mnie. Oczy wszystkich zwróciły się na nas dopiero po chwili.
- To jest Samantha Norton. Przeprowadziła się do nas z Hamilton, nikogo jeszcze tu nie zna więc proszę przyjmijcie ją ciepło.
Z niezręcznym uśmiechem powiedziałam tylko krótkie "cześć" i usiadłam na wolnym miejscu w środkowym rzędzie. Zawsze czułam się speszona kiedy patrzyły na mnie więcej niż dwie pary oczu.
  Szkoła zrobiła na mnie dobre wrażenie, choć mała, na korytarzach miała piękne okna sięgające od podłogi aż po sufit. Można było podziwiać przez nie zamarznięty strumyk ciągnący się wzdłuż lasu. Z miejsca, w którym stał mój dom nie było go w ogóle widać. Skuta lodem woda oplatająca zachodni skraj lasu niczym wstążka.
  Z zamyślenia wyrwało mnie szturchnięcie w lewe ramie. Drobna blondynka z mocno pomalowanymi na czarno oczami patrzyła na mnie ze sztucznym uśmiechem.
- To wy się wprowadziliście do Stryczka, prawda?
- Do czego? - spytałam zdziwiona. Teraz uśmiech dziewczyny zmienił się ze sztucznego w prześmiewczy.
- Uważaj na siebie w nocy.
Blondynka i, jak sądzę, jej dwie przyjaciółki zachichotały, ale zostały szybko uciszone przez nauczycielkę.
Nic nie powiedziałam, zajęłam się czytaniem wskazanego tekstu, ale dziwna uwaga dziewczyny siedzącej za mną chodziła mi po głowie cała lekcje.


  Jako, że cały poranek siedziałam w gabinecie dyrektora załatwiając wszystkie potrzebne formalności, do klasy dotarłam dopiero na ostatnią lekcję przed lunchem. 
Tak więc szłam teraz ze szkolną mapką w ręku, próbując odczytać drogę do stołówki. Kiedy tak szłam, ktoś przedstawił mi się bez ostrzeżenia.
- Cześć, jestem Alice.
- A ja Ned.
Niska brunetka w okularach zakrywających jej pół twarzy miło się do mnie uśmiechnęła. Obok niej stał szczupły, ubrany na czarno chłopak z przewieszoną przez ramię szarą torbą na książki.
- Samantha - podałam każdemu po kolei rękę - Ale mówcie mi Sam.
- Okej Sam, jak ci się podoba okolica? - zagadnął mój nowy kolega Ned.
- Jeszcze nie miałam okazji niczego tutaj zobaczyć - nie byłam pewna czy jest tutaj coś co naprawdę warto zobaczyć.
- Właściwie nie ma tu nic do oglądania - jakby czytał w moich myślach. Po chwili dodał - No chyba, że dom na końcu Barkbunk Street.
- Ned kretynie, ona tam mieszka - brunetka spojrzała na niego spod okularów.
- A ty niby skąd możesz wiedzieć - zmarszczył brwi.
- Ponieważ ktoś niedawno kupił ten dom, kilka dni temu widziałam jak wóz firmy przeprowadzkowej skręca w tamtą ulicę, a Sam jest w mieście nowa, więc złóż sobie fakty.
Chłopak tylko wywrócił oczami, widocznie nie lubił kiedy Alice miała rację.
- Co takiego jest w moim domu, że jest wart zobaczenia? Wygląda podobnie do reszty domów
- Teraz, kiedy jest umeblowany i odnowiony pewnie nic, ale kiedy stał pusty przez kilka lat wyglądał upiornie
- Do rzeczy kobieto, chyba, że ja mam powiedzieć
- Tak jakbyś umiał opowiadać - prychnęła brunetka.
Mimo częstego dogryzania sobie nawzajem, było widać, że ta dwójka tak naprawdę się lubi.
- Chodzi o to, że jest taka miejscowa legenda. Około trzysta lat temu przeszła tędy bardzo sroga zima. Wielu mieszkańców miasteczka nie przeżyło, ponieważ nie byli dość dobrze przygotowani na aż takie mrozy. W tamtych czasach wszystko co złe zrzucano na czary.
  Przerwała na chwilę aby sprawdzić czy chcę słuchać dalej.
- Kilka kobiet oskarżono o praktykowanie magii i sprowadzenie tak okrutnej zimy. Wszystkie zostały powieszone w lesie, ziemia była tak zmarznięta, że nie można było wykopać grobu. Zrobiono im tymczasową mogiłę ze śniegu i tak przeleżały aż do wiosny.
- Nadal nie rozumiem co to ma wspólnego z moim domem?
- Wtedy nie było tam zabudowań tylko las. Działka, na której mieszkasz została wybudowana niecałe piętnaście lat temu, od tamtego czasu mieszkało tam kilka rodzin, ale nikt nie wytrzymał dłużej niż dwa miesiące.
- Chyba nie chcecie mi powiedzieć, w którym kiedyś przeprowadzono egzekucję  domniemanych czarownic? -  roześmiałam się.
  Milczenie i jednoznaczne spojrzenie Alice i Neda było dobitną odpowiedzią. 
- To pewnie o to chodziło tej blondynce.
- Cassie? Nie przejmuj się nią, ona i jej dwie poddane nie grzeszą kulturą. 
- Mniejsza o to, na miejscu starych cmentarzy powstają drogi i ludzie jakoś nie mają oporów, żeby po nich jeździć. Jeśli chcecie mi powiedzieć, że mój dom jest nawiedzony albo coś w tym stylu, to darujcie sobie, nie mam zbyt bujnej wyobraźni i nie wierzę w takie rzeczy.
  Miałam nadzieję, że nie zabrzmiałam niegrzecznie, nie miałam zamiaru ich obrazić.
- Ubrałaś w grubsze słowa to, co chciałam powiedzieć ci delikatniej.
- Przepraszam, fajnie, że macie tutaj swoją legendę ale ja zawsze byłam nastawiona dość sceptycznie do takich rzeczy.
  W kieszeni zawibrował mój telefon: od: Lindsey, wiadomość sms: Strasznie tu bez Ciebie nudno, mamy nadzieję, że o nas nie zapomnisz.
Poczułam gdzieś głęboko w sobie smutek i tęsknotę. Szybko wrzuciłam komórkę do torby.
- Strasznie zgłodniałam, chodźmy do stołówki, przy okazji pokarzecie mi drogę, bo mam przeczucie, że z tą mapka nie znalazłabym jej do jutra.



   
                                                                     ***


  Autobus zatrzymał się na skrzyżowaniu Barkbunk i Mayor, więc całą moją ulicę musiałam pokonać pieszo. Śnieg nie przestawał sypać od wczorajszego wieczora, choć starano się odśnieżać ulice systematycznie, nie zajmowało wiele czasu zanim ponownie były białe.
Większą wagę przywiązywano do jezdni, a co za tym idzie chodniki były przysypane grubą warstwą puchu. Droga prowadziła lekko pod górę. Nie mogłam zejść na jezdnię, żeby nie brnąć po łydki w śniegu, bo nawet jak na tak małe miasteczko, ruch o tej godzinie był dość spory.
  Zmęczona przystanęłam na chwilę i spojrzałam przed siebie, a nie tak jak do tej pory pod nogi.
Z tej perspektywy las wyglądał jeszcze bardziej niesamowicie. Oszronione aż po same czubki drzewa wydawały się wręcz magiczne. Skoro mam tu żyć to może ten las będzie następcą mojego hamiltońskiego parku? Czemu nie, nawet historyjka Alice nie zakłóca jego niezaprzeczalnego piękna.








piątek, 26 lutego 2016

Rozdział I

 

Dom na końcu ulicy

   
 Trzynastego grudnia, punktualnie o godzinie 7:30, zostawiłam całe swoje dotychczasowe życie za sobą. Dom, w którym się wychowałam, miasto, które kochałam i przyjaciół, na których zawsze mogłam liczyć. Z każdą kolejną minutą Hamilton robiło się coraz mniejsze, aż w końcu zupełnie straciłam je z oczu. 
  Od teraz moja ulubiona pora roku miała kojarzyć mi się ze smutkiem, strata i zmianami.
Zima w Hamilton była piękna, zawsze wydawała mi się taka bajecznie magiczna, bez względu na to ile miałam lat. Jako dziecko uwielbiam patrzeć na padający pierwszy śnieg pokrywający ulice pięknym, białym dywanem. Nad oknem mojego pokoju zawsze wyrastały długie, krystalicznie przejrzyste sople, a spod nich rozciągał się widok na oprószone śniegiem chodnikowe ławki, dachy innych domów ze śladami ptasich nóżek oraz na jedno z najbardziej urokliwych miejsc o mroźnej porze roku: park.
Wiele razy wracając ze szkoły wybierałam dłuższą drogę byle by tylko przejść się główną aleją, tunelem ze splecionych ze sobą cienkich i grubych, oblodzonych gałęzi drzew i przez chwile poczuć się jak w innym świecie. 
  W zeszłym roku nie wiedziałam jeszcze, że będzie to moja ostatnia zima w tamtym miejscu.
  Wszystko zaczęło się zmieniać z końcem lata, rodzice pochodzili z małego miasteczka i lepiej czuli się w spokojniejszej okolicy.Wiedziałam, że kiedyś będą chcieli się przeprowadzić, nie sądzam tylko, że nastąpi to tak szybko.  
  Tata poprosił w pracy o przeniesienie na budowę osiedla mieszkaniowego w Larsen, jakieś siedem mil od Brenton, miejsc, do którego zmierzaliśmy. 
  Miasteczko nie było brzydkie, choć może odniosłam takie wrażenie przez śliskie chodniki posypane solą, pięknie zamarznięte żelazne bramy i lekko prószący śnieg.
Panował tutaj niesamowity spokój, ulice nie były zatłoczone, a ludzie już z daleka się pozdrawiali.
Jedna z zalet a jednocześnie wad miejscowości takich jak ta? Wszyscy wszystkich znają.
  Kiedy późnym popołudniem dojechaliśmy na miejsce, moim oczom ukazał się duży, czarny dom ze sporym ogrodem. Chyba tyko ja nie byłam zadowolona z przeprowadzki. Rodzice stanęli na podjeździe przytuleni do siebie i z uśmiechami na ustach podziwiali nasz nowy dom, a Tommy swoimi małymi rączkami bezskutecznie próbował otworzyć furtkę.
Z ciężkim westchnieniem  wysiadłam z samochodu i niechętnie weszłam do środka razem ze wszystkimi.
  Z zewnątrz dom prezentował się bardzo okazale. Szeroki, ceglany komin na prawej ścianie nośnej, starannie wykończona poręcz przy schodach prowadzących do frontowych drzwi i balkon na wysokości pierwszego piętra, pod którym rozciągał się ogród przykryty grubą warstwą śniegu.
  Wnętrze było urządzone według pomysł mamy: jasne tapety, przestronny salon, nowoczesna kuchnia. Ekipa przeprowadzkowa przyjechała tu dwa dni temu i ustawiła wszystkie rzeczy pod jej dyktando.
- Sam, twój pokój jest na górze, przy końcu korytarza. Zrobiłam tak jak chciałaś. - uśmiechnęła się do mnie mama.
  Powoli weszłam po wykładanych brązowym drewnem schodach i przekręciłam klamkę.
Ściany były pomalowane na ten sam kolor złamanej bieli co w moim starym pokoju, łóżko stało po lewej stronie, a nad nim, tak jak w Hamilton, wisiało zdjęcie moich przyjaciół z naszego ostatniego wypadu na łyżwy przed moim wyjazdem. Widać mama wzięła sobie do serca prośbę, aby cały mój pokój był urządzony na wzór tego poprzedniego. Jedyną znaczącą różnicą był balkon, poprzednio znajdował się w salonie, a teraz mam go u siebie.
  Rzuciłam torbę na łóżko i wyszłam na świeże powietrze. Chcąc nie chcąc musiałam przyznać, że ta zabita dechami dziura z setkom domów na krzyż, maleńkim kościołem katolickim, szkołą łączącą podstawówkę z liceum oraz podniszczoną remizą prezentowała się nadzwyczaj malowniczo. Domy miały nie więcej niż trzydzieści lat, wszystkie były zadbane, a dodając do tego zimową scenerię, wyglądały jak z kartki widokowej.
Jednak nie domy ani ośnieżone ulice robiły największe wrażenie. Pod tym względem pierwsze miejsce zajmował las. Na Burbank Street nasz dom był ostatni. Można powiedzieć, że gałęzie drzew zaglądały nam do okien, ponieważ ogrodzenie i las dzieliła odległość około pięćdziesięciu metrów.
  Oczywiście ten widok nie umywał się do hamiltońskiego parku, lecz patrząc na niego odnajdywałam w nim maleńką cząstkę miejsca, które już nie jest moje.

                                                                  ***

  Było już późno, dochodziła pierwsza w nocy. Nie spałam, było zbyt cicho, nie umiałam zasnąć chociażby bez dźwięku jeżdżących samochodów. Był to dla mnie niezbędny element procesu zapadania w sen. Minie parę dni zanim przyzwyczaję się do panującej nocą ciszy.
  Nie chcąc leżeć bezczynnie, odpaliłam swojego laptopa. Najlepszą opcją w tej sytuacji byłoby obejrzenie filmu lub posłuchanie muzyki, ale nie miałam pojęcia, w którym kartonowym pudle są słuchawki. Weszłam zatem w folder pod nazwą „najfajniejsze’’. Trzymałam w nim wszystkie moje zdjęcia. Pierwsze były z corocznego Zimowego Balu, następne ze wspólnych wyjazdów klasowych, znalazłam także ujęcia miasta w różnych porach roku.
Ogarnęła mnie fala smutku. Zatrzasnęłam laptopa i wstałam, żeby odłożyć go na biurko. Śnieg sypał dużymi płatami na Brenton. Ta nazwa nadal brzmiała obco  w mojej głowie. Gdy tak stałam przyglądając się pogodzie za oknem, usłyszałam czyjś wyraźny śmiech. Lekko uchyliłam drzwi, odgłosy dobiegały z pokoju Tommy’ego, pomyślałam, że małemu musi śnic się coś bardzo zabawnego. I do tego jeszcze mówił przez sen. Pokręciłam z uśmiechem głową i położyłam się z powrotem na łóżku.
Budzik pokazywał piętnaście po pierwszej, co znaczyło, że za niecałe sześć godzin będę musiała wstać do nowej szkoły. Cudownie, nowa w klasie prawie w środku semestru.
  Kiedy w końcu zasypiałam, Tommy nadal od czasu do czasu coś mówił, ale za którymś razem zdawało mi się, że ktoś odpowiedział mojemu młodszemu bratu.