Rozdział I
Dom na końcu ulicy
Trzynastego grudnia, punktualnie o godzinie 7:30, zostawiłam całe swoje dotychczasowe życie za sobą. Dom, w którym się wychowałam, miasto, które kochałam i przyjaciół, na których zawsze mogłam liczyć. Z każdą kolejną minutą Hamilton robiło się coraz mniejsze, aż w końcu zupełnie straciłam je z oczu.
Od teraz moja ulubiona pora roku miała kojarzyć mi się ze smutkiem, strata i zmianami.
Zima w Hamilton była piękna, zawsze wydawała mi się taka bajecznie magiczna, bez względu na to ile miałam lat. Jako dziecko uwielbiałam patrzeć na padający pierwszy śnieg pokrywający ulice pięknym, białym dywanem. Nad oknem mojego pokoju zawsze wyrastały długie, krystalicznie przejrzyste sople, a spod nich rozciągał się widok na oprószone śniegiem chodnikowe ławki, dachy innych domów ze śladami ptasich nóżek oraz na jedno z najbardziej urokliwych miejsc o mroźnej porze roku: park.
Wiele razy wracając ze szkoły wybierałam dłuższą drogę byle by tylko przejść się główną aleją, tunelem ze splecionych ze sobą cienkich i grubych, oblodzonych gałęzi drzew i przez chwile poczuć się jak w innym świecie.
W zeszłym roku nie wiedziałam jeszcze, że będzie to moja ostatnia zima w tamtym miejscu.
Wszystko zaczęło się zmieniać z końcem lata, rodzice pochodzili z małego miasteczka i lepiej czuli się w spokojniejszej okolicy.Wiedziałam, że kiedyś będą chcieli się przeprowadzić, nie sądziłam tylko, że nastąpi to tak szybko.
Tata poprosił w pracy o przeniesienie na budowę osiedla mieszkaniowego w Larsen, jakieś siedem mil od Brenton, miejsc, do którego zmierzaliśmy.
Miasteczko nie było brzydkie, choć może odniosłam takie wrażenie przez śliskie chodniki posypane solą, pięknie zamarznięte żelazne bramy i lekko prószący śnieg.
Panował tutaj niesamowity spokój, ulice nie były zatłoczone, a ludzie już z daleka się pozdrawiali.
Jedna z zalet a jednocześnie wad miejscowości takich jak ta? Wszyscy wszystkich znają.
Kiedy późnym popołudniem dojechaliśmy na miejsce, moim oczom ukazał się duży, czarny dom ze sporym ogrodem. Chyba tyko ja nie byłam zadowolona z przeprowadzki. Rodzice stanęli na podjeździe przytuleni do siebie i z uśmiechami na ustach podziwiali nasz nowy dom, a Tommy swoimi małymi rączkami bezskutecznie próbował otworzyć furtkę.
Z ciężkim westchnieniem wysiadłam z samochodu i niechętnie weszłam do środka razem ze wszystkimi.
Z zewnątrz dom prezentował się bardzo okazale. Szeroki, ceglany komin na prawej ścianie nośnej, starannie wykończona poręcz przy schodach prowadzących do frontowych drzwi i balkon na wysokości pierwszego piętra, pod którym rozciągał się ogród przykryty grubą warstwą śniegu.
Wnętrze było urządzone według pomysł mamy: jasne tapety, przestronny salon, nowoczesna kuchnia. Ekipa przeprowadzkowa przyjechała tu dwa dni temu i ustawiła wszystkie rzeczy pod jej dyktando.
- Sam, twój pokój jest na górze, przy końcu korytarza. Zrobiłam tak jak chciałaś. - uśmiechnęła się do mnie mama.
Powoli weszłam po wykładanych brązowym drewnem schodach i przekręciłam klamkę.
Ściany były pomalowane na ten sam kolor złamanej bieli co w moim starym pokoju, łóżko stało po lewej stronie, a nad nim, tak jak w Hamilton, wisiało zdjęcie moich przyjaciół z naszego ostatniego wypadu na łyżwy przed moim wyjazdem. Widać mama wzięła sobie do serca prośbę, aby cały mój pokój był urządzony na wzór tego poprzedniego. Jedyną znaczącą różnicą był balkon, poprzednio znajdował się w salonie, a teraz mam go u siebie.
Rzuciłam torbę na łóżko i wyszłam na świeże powietrze. Chcąc nie chcąc musiałam przyznać, że ta zabita dechami dziura z setkom domów na krzyż, maleńkim kościołem katolickim, szkołą łączącą podstawówkę z liceum oraz podniszczoną remizą prezentowała się nadzwyczaj malowniczo. Domy miały nie więcej niż trzydzieści lat, wszystkie były zadbane, a dodając do tego zimową scenerię, wyglądały jak z kartki widokowej.
Jednak nie domy ani ośnieżone ulice robiły największe wrażenie. Pod tym względem pierwsze miejsce zajmował las. Na Burbank Street nasz dom był ostatni. Można powiedzieć, że gałęzie drzew zaglądały nam do okien, ponieważ ogrodzenie i las dzieliła odległość około pięćdziesięciu metrów.
Oczywiście ten widok nie umywał się do hamiltońskiego parku, lecz patrząc na niego odnajdywałam w nim maleńką cząstkę miejsca, które już nie jest moje.
***
Było już późno, dochodziła pierwsza w nocy. Nie spałam, było zbyt cicho, nie umiałam zasnąć chociażby bez dźwięku jeżdżących samochodów. Był to dla mnie niezbędny element procesu zapadania w sen. Minie parę dni zanim przyzwyczaję się do panującej nocą ciszy.
Nie chcąc leżeć bezczynnie, odpaliłam swojego laptopa. Najlepszą opcją w tej sytuacji byłoby obejrzenie filmu lub posłuchanie muzyki, ale nie miałam pojęcia, w którym kartonowym pudle są słuchawki. Weszłam zatem w folder pod nazwą „najfajniejsze’’. Trzymałam w nim wszystkie moje zdjęcia. Pierwsze były z corocznego Zimowego Balu, następne ze wspólnych wyjazdów klasowych, znalazłam także ujęcia miasta w różnych porach roku.
Ogarnęła mnie fala smutku. Zatrzasnęłam laptopa i wstałam, żeby odłożyć go na biurko. Śnieg sypał dużymi płatami na Brenton. Ta nazwa nadal brzmiała obco w mojej głowie. Gdy tak stałam przyglądając się pogodzie za oknem, usłyszałam czyjś wyraźny śmiech. Lekko uchyliłam drzwi, odgłosy dobiegały z pokoju Tommy’ego, pomyślałam, że małemu musi śnic się coś bardzo zabawnego. I do tego jeszcze mówił przez sen. Pokręciłam z uśmiechem głową i położyłam się z powrotem na łóżku.
Budzik pokazywał piętnaście po pierwszej, co znaczyło, że za niecałe sześć godzin będę musiała wstać do nowej szkoły. Cudownie, nowa w klasie prawie w środku semestru.
Kiedy w końcu zasypiałam, Tommy nadal od czasu do czasu coś mówił, ale za którymś razem zdawało mi się, że ktoś odpowiedział mojemu młodszemu bratu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz